
życie
życie

Składniki:
200g masła
1 szkl cukru
4 szkl mąki – ja użyłam jasnej mąki orkiszowej typ 700 ale może być też jasna pszenna
łyżeczka sody oczyszczonej
pół łyżeczki soli
łyżeczka cynamonu
pół kg dyni surowej lub szklanka dyni konserwowej
jajko
pół szkl rodzynek
pół szkl orzechów włoskich
Wykonanie:
Dynię obrać ze skórki, owinąć w folię aluminiową i piec ok 15 min w 200st aż będzie miękka, wystudzić i zmiksować na puree.
Masło utrzeć z cukrem, połączyć z jajkiem, dynią i przyprawami.
Suche składniki przesiać razem i wymieszać z masą dyniową.
Dodać rodzynki i posiekane orzechy, delikatnie wymieszać.
Zwilżonymi rękami lub łyżką wykładać ciasto w odstępach (bo ciastka trochę urosną) na nienatłuszczoną blachę.
Piec 15 min w temperaturze 180st.




Przepis na te smaczne, jesienne ciasteczka, które wczoraj upiekłam razem z córeczką (choć ona zawiedziona była, że ciasto dość luźne nie dało się wałkować i wykrawać foremkami) zaczerpnęłam z książki Sheily Roberts „Uliczka aniołów”.
Bardzo lubię powieści z wątkiem kulinarnym w tle, z przepisami, z opisami pyszności (choć muszę
przyznać, że zwykle przy ich czytaniu robię się głodna i kończy się to ciągłym podjadaniem 😉
Uliczka aniołów to właśnie taka książka.
Fabuła jest niestety dość typowa i przewidywalna, ale atmosfera w książce jest ciepła, serdeczna,
smaczna i niesamowicie pachnąca czekoladą i przyprawami 🙂
Bohaterkami są trzy przyjaciółki, Sarah prowadzi piekarnię i kursy pieczenia ciasteczek dla dzieci, Jamie czekoladowy sklepik w którym sama tworzy czekoladowe dzieła, a Emma sklep z materiałami do patchworków.
Pewnego dnia podejmują się przeprowadzenia w małym miasteczku, w którym mieszkają akcji
„Miej serce”, która polega na tym by codziennie zrobić bezinteresowny, dobry uczynek dla innego mieszkańca.
Fajna książka, ciepła, pełna humoru i optymizmu, którą porównałabym do „Czekolady” Joanne Harris czy „Zupy z granatów” Marshy Mehran.
Polecam miłośniczkom gotowania i pieczenia, robótek ręcznych i szycia oraz kotów 🙂
Autor: Sheila Roberts
Wydawnictwo: Świat Książki
Lipiec 2012
Liczba stron: 368

Uwielbiam weekendy jak ten, kiedy nie muszę się nigdzie śpieszyć i który mogę sobie leniwie celebrować z rodzinką.
A co jest fajniejszego niż wspólne gotowanie a potem zajadanie. Upiekłyśmy z córeczką proste ciasto czekoladowe z piankami.
Bardzo smaczne !
Pieczecie ciasto na niedzielę?
Składniki:
200g masła lub margaryny
1 szkl cukru
4 jajka
2 szkl mąki
4 łyżki kakao
łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1 opakowanie pianek marshmallow
Wykonanie:
Margarynę utrzeć z cukrem na puszystą masę (my w tym celu używałyśmy miksera).
Białka jaj wbijać do czystej miski, żółtka stopniowo dodawać do margaryny z cukrem.
Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli.
Do margaryny przesiać przez sito mąkę, dodać proszek do pieczenia, kakao i pianę z białek.
Delikatnie i krótko wszystko wymieszać (tylko do momentu aż składniki połączą się – zbyt długie
mieszanie sprawi że ciasto będzie bardziej zwarte niż puszyste).
Tortownicę natłuścić i wysypać bułką tartą, wylać do niej ciasto.
Piec 35 min w 180st (do suchego patyczka).
Ciasto wyjąć piekarnika, na wierzchu ułożyć pianki i z powrotem zapiekać aż roztopią się (do 10min).




Inspiracją na to ciasto był dla mnie przepis z książki Agaty Królak „Ciasta, ciastka i takie tam” wydanym przez Wydawnictwo Dwie Siostry w 2011r.
Chciałam wam napisać kilka słów o tej książce bo jest ciekawym przypadkiem na rynku literatury kulinarnej.
Przede wszystkim szata graficzna książki jest niespotykana. Do każdego przepisu znajdziemy tu nie jak w tradycyjnych książkach zdjęcie, lecz rysunek, wyglądający jakby namalowany był przez dziecko.
Dodatkowo czcionka wyglądająca, jakby spod maszyny do pisania, stare, archiwalne zdjęcia dzieciaków z czasów PRLowskich, to wszystko sprawia, że książka ta jest bardzo klimatyczna.
Jak dla mnie to fajny pomysł na prezent dla osoby lubiącej gotować czy w tym przypadku piec.
Przepisy tu zawarte to zbiór raczej klasycznych wypieków typu sernik, pleśniak, tiramisio, rafaelo, murzynek, ciasto marchewkowe ale znajdziemy tez kilka ciekawych przepisów jak Ciągnik, Żydek,
Błotnik.
Z tej książki robiłam tez i pokazywałam na blogu Pełnoziarniste ciasto ze śliwkami
Tutaj można zajrzeć do środka książki.

Ostatnio jedna z czytelniczek pytała mnie, co nowego czytamy z córeczką bo dawno nic nie pokazywałam.
Rzeczywiście,dość dawno, ale córka ostatnio lubi wertować swoją półkę z książkami i odkrywać na nowo wcześniej uwielbiane książeczki.
Przedstawię zatem tylko kilka nowości, które podczas wakacji doszły do dziecięcego księgozbioru i które polecamy.
„Zuzia się zgubiła” L.Schneider Seria Mądra Mysz Wydawnictwo Media Rodzina
Tradycyjnie przybywa w naszej biblioteczce książeczek z tej, bardzo lubianej przez Lilę , serii.
Co już mamy, możecie poczytać tutaj i tutaj.
Cała seria o Zuzi zawiera kilkanaście książeczek i, z tego co obserwuję, powiększa się (ale to bardzo dobrze, bo chętnie będziemy czytać). To opowieści dla maluchów od trzech lat, podejmujące życiowe tematy, frapujące w tym wieku dzieci.
Zuzia zgubiła się w sklepie. Wybrała się tu z mamą by kupić nowy sweter i spodnie, bo po wakacjach okazało się, że urosła i stare są za krótkie. Podczas gdy mama stoi w kolejce by zapłacić za rzeczy, Zuzia przypomina sobie, że w przymierzalni zostawiła torebeczkę. Wyrusza tam natychmiast, jednak po powrocie mamy już nie ma. Na szczęście przypomina sobie rozmowę z mamą co w takiej chwili zrobić.

„Maszyny i pojazdy. Plac budowy” M. Wittmann Seria Mądra Mysz Wydawnictwo Media Rodzina
A to odpowiednik serii o Zuzii dla chłopców, ale wg mnie oczywiście nie tylko.
Bohaterem książeczki jest Łukasz.
Mieszka w bloku a tuż pod jego oknem pewnego dnia powstaje plac budowy. Chłopiec z zainteresowaniem obserwuje pracujące maszyny – od koparki przez buldożer po sadzarkę drzew.
Aktualnie pod naszym oknem jest taki sam plac budowy i moja córka również z zainteresowaniem obserwuje pracę maszyn.
Książeczkę bardzo lubi i czyta z zainteresowaniem.

„Aoki” Annelore Parot Wydawnictwo Format
To dość niezwykła książeczka z kilku względów.
Po pierwsze uwagę zwraca rewelacyjne wydanie i szata graficzna. Książka jest szyta, ma twarda okładkę a w środku pełno rozkładówek, otwierających się okienek i przede wszystkim bardzo ładnych obrazków w stylu japońskim.
Po drugie temat – Japonia.
Aoki to mała japońska laleczka, która zabiera nas w podróż do Tokio. Pokazuje nam swoje japońskie rzeczy, które pakuje do walizki. Razem z nią jedziemy najszybszym pociągiem świata, odwiedzamy japoński sklepik i oglądamy spektakl kwitnących wiśni rozpakowując pudełeczka bento. Co się kryje w ich wnętrzu? By zobaczyć pootwieraj okienka.
Świetna, interaktywna książka: zawiera zabawy pozwalające rozwijać spostrzegawczość, pobudza ciekawość i wyobraźnię.

„Nusia i bracia łosie” Pija Lindenbaum Wydawnictwo Zakamarki
Uwielbiamy szwedzkie książeczki tego wydawnictwa.
Tym razem postawiłyśmy na nową bohaterkę.
Nusia to mała jedynaczka marząca o rodzeństwie. Lubi spędzać czas z kolegą Nilsem, szczególnie podczas zabaw na śniegu, ale Nils nie jest jej bratem…
Wracając, Nusia spotyka trzy łosie na progu swojego domu i wtedy postanawia, że to oni zostaną jej braćmi.
Zaprasza ich do domu.
Czy będą rodzeństwem jakie Nusia sobie wymarzyła?
Z pewnością ich nieokrzesanie dostarcza wiele powodów do śmiechu 🙂


„Krowa Matylda na czatach” Alexander Steffensmeier Wydawnictwo Media Rodzina
Ta książka skusiła nas oprawą graficzną.
Ilustracje są super i pełno w nich różnych, małych elementów, o których lubimy sobie z córeczka opowiadać. Tekstu jest mniej i w sumie trochę za mało jak dla trzylatka.
Książka zawiera zabawną opowieść o krowie Matyldzie, która ma niespotykane hobby – nad życie kocha straszyć i przeganiać listonosza (ku utrapieniu gospodyni lubiącej chyba sporo kupować przez internet 😉
Co rano krowa szuka nowej kryjówki z której w odpowiednim momencie zamierza wyskoczyć z głośnym rykiem 🙂
Ktoś jednak ma już tego serdecznie dość. Jak to może się skończyć?

Moi drodzy, wymyśliłam sobie nowy cykl wpisów gdzie będę pokazywała rzeczy, które mnie zachwyciły w danym miesiącu (niekoniecznie jedzeniowe :).
Chciałabym, żebyście lepiej mnie dzięki temu poznali 🙂
Napiszcie czy podoba wam się taki pomysł, czy chcielibyście kontynuację tych wpisów i co jeszcze chcielibyście tutaj zobaczyć.
Sierpień był dla mnie udanym miesiącem. Było lato, ciepło, byłam 2 tygodnie na urlopie, na kilku spotkaniach i wyjazdach, przeczytałam kilka świetnych książek, ugotowałam kilka fajnych dań, ale także gotowałam mniej niż zwykle leniąc się w Beskidach. Tym co najczęściej jadłam w tym
okresie były sałatki: owocowe, warzywne – mogłam je jeść na śniadanie, obiad i kolacje. Prawie wszystkie warzywne doprawiałam słodkim sosem chili. I to mój pierwszy ulubieniec zeszłego miesiąca. Moje małe upodobanie – zamiast tłustych, wysokokalorycznych sosów, wystarczył mi
jogurt naturalny doprawiony słodkim sosem chilli i np. szczyptą suszonych czy świeżych ziół. A jak jestem już przy sosach sałatkowych to pokaże moje ulubione, sierpniowe naczynie kupione chyba w Duce za ok 20zł – minimalistyczną, prostą sosjerkę przypominającą mi trochę czarkę do picia herbaty 😉
Uwielbiam herbaty wszelkiego rodzaju, ale w sierpniu zrezygnowałam z nich na rzecz wody mineralnej. Bardzo przypadł mi też do smaku sok z aloesu, który co jakiś czas lubiłam wypić. Taki naturalny sok, bez konserwantów, z miąższem zawiera całą litanię cennych dla naszego organizmu właściwości, m.in. wzmacnia odporność, jest naturalnym antybiotykiem, niszczy wirusy, zawiera całą tablicę witamin i substancji mineralnych.
Przechodząc do tematu, który kobiety lubią bardziej 🙂 Ulubionym kosmetykiem był Lekki filtr do twarzy Anthelios XL SPF 50+. pomimo że w tym roku opalałam się może dwa razy i na wakacjach nie byłam w Afryce, tylko naszych polskich górach, staram się chronić skórę szczególnie twarzy i dekoltu przed zgubnymi dla urody skutkami promieniowania UV. Filtr ten świetnie sprawdzał się też dla mojej córeczki.
Ulubionym zapachem lata była woda toaletowa o zapachu truskawek z serii Plaisirs Nature Yves Rocher.
Zapach jest jednonutowy, bardzo słodki, świetny na lato 🙂
Ulubione lakiery do paznokci to zgodnie z trendami lata neonowe róże, pomarańcze, czerwienie. Jak można zobaczyć na zdjęciu nie przepłacam za lakiery do paznokci, wybieram raczej tanie firmy jak Golden Rose, Wibo, H&M. Lubię często zmieniać kolor i nie mam wyrzutów sumienia nie zużywając lakieru w sezonie a w następnym wyrzucając go bo kolor przestał mi się podobać 😉
Czas na czytadła. W sierpniu udało mi się naprawdę sporo przeczytać, na co niemały wpływ miał urlop. Pokaże wam książki, które najbardziej mi się podobały.
Alfonso Signorini „Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości” Wydawnictwo Świat Książki.
Uwielbiam postać Marilyn Monroe, dlatego gdy zobaczyła książkę wśród nowości czytelniczych bardzo chciałam ja przeczytać.
Autorem książki jest Alfonso Gignorini – włoski dziennikarz, pisarz, prezenter filmowy, interesujący się życiem gwiazd, szczególnie wielkich kobiet XX wieku (napisał mi.in równieżbiografię Marii Callas).
Wciągająca, zbeletryzowana biografia Marilyn, najsławniejszej blondynki, symbolu seksu i kobiecości, ikony popkultury.
W książce poznajemy losy Normy Jane od jej urodzenia do zagadkowej śmierci, choć mam wrażenie, ze autor tak kreuje opowieść by jej śmierć przedstawić wg swojej teorii.
Sama biografia tez jest dość wybiórcza, skupia się na rodzinnej chorobie psychicznej, trudnym dzieciństwie Normy a potem jej romansach i miłościach, mało w niej poświęconego miejsca jej talentowi, jej dorobkowi artystycznemu.
Nie mniej jednak dialogi są ciekawe, książka się nie dłuży a wręcz przeciwnie czyta się ją
szybko z dużym zainteresowaniem.
„Ostatni kucharz chiński” Nicole Mones Wydawnictwo Świat Książki
Po tą książkę sięgnęłam z ciekawością, licząc na mocny wątek kulinarny, ale i z licznymi obawami– czy nie będzie to znów oklepana historia jakich ostatnio wiele, typu „Pod słońcem Toskanii”.
Przyjemnie się rozczarowałam 🙂
Fabuła książki jest dość prosta – amerykańska dziennikarka kulinarna na skutek dziwnego splotu wydarzeń (na który duży wpływ ma także zaskakująca wiadomość o pozwie dotyczącym ustalenia ojcostwa chińskiego dziecka wytoczonym jej zmarłemu mężowi) wyjeżdżą do Chin by napisać artykuł o ostatnim kucharzu gotującym według cesarskiej tradycji ( a przy okazji zająć się osobistymi problemami).
Ponieważ kucharz przygotowuje się do konkursu kulinarnego i nie ma chwili do stracenia, zaprasza Maggie by obserwowała co robi, zadawała pytania, notowała. Opowiada jej o chińskiej kuchni, o książce napisanej przez jego dziadka, o celebrowaniu jedzenia, o harmonii dania na którą składa się każdy jego pojedynczy składnik.
Bardzo interesująca książka, czyta ją się bardzo szybko. Uwielbiam takie lektury z wątkiem kulinarnym w tle.
Polecam.
„Dwaj łakomi Włosi” Antonio Carluccio i Gennaro Contaldo Wydawnictwo Muza
Do tej książki podchodziłam jak do jeża. Dostałam ją jakoś wiosną, u nas to przednówek, świeżych warzyw brak, gdzie szukać dobrych składników do włoskich dań? Książkę przejrzałam i odłożyłam, pomyślałam, że bez rewelacji. W sumie nie znałam za bardzo też autorów (teraz już zapoznałam się z ich programem:) jedynie pana Gennaro kojarzyłam z filmów z Jamie’m Oliver’em.
Ale nadszedł lipiec, sierpień i przepadłam dla tej książki. Zachwyciła mnie. Czym? Przede wszystkim niebanalnymi przepisami.
Jako maniakalna zbieraczka książek kulinarnych, mam naprawdę bogaty zbiór książek o kuchni włoskiej. Nie zniosłabym kolejnej z przepisami na caprese, spaghetti carbonara, tiramisu, pizza margherita itd itd. Panowie naprawdę się postarali.
Z książki robiłam już Risotto z kwiatami cukinii, Pełnoziarnisty makaron z grzybami i winem, Włoską zupę z młodej kapusty oraz Zupę fasolową i Zupę z karczochów, które wkrótce pokażę. Do wypróbowania zaznaczyłam sobie też Żeberka wieprzowe gotowane na wolnym ogniu z ciecierzycą, Królika w marynacie z cytrusów z czarnymi oliwkami i tymiankiem oraz Tartę cytrynową z serem ricotta.
Książka bardzo ładnie wydana, w twardej oprawie. Bardzo podobają mi się początki rozdziałów i opisy o włoskiej kuchni, tradycji kulturze, pochodzeniu różnych dań.
Bardzo nie podoba mi się za to, to że nie wszystkie przepisy mają zdjęcie gotowego dania.

Zaczęły się wakacje (oczywiście dla tych, którzy jeszcze je mają 😉 czas nadrobić zaległości w lekturach obowiązkowych.
Pierwsza pozycja jak najbardziej obowiązkowa to najnowszy Zafon.
I pierwsza podstawowa wada – czemu ta książka taka krótka??!
Wystarczyła niestety tylko na jeden wieczór, choć starałam się jak mogłam czytać wolniej, by przedłużyć przyjemność lektury.
Niesamowicie wciągająca!
Czyta się z wypiekami na twarzy, choć muszę stwierdzić że chyba silniejsze emocje wywołały we mnie „Cień wiatru” i „Gra Anioła”.
„Więzień nieba” to jak we wstępie wskazuje autor książka należąca do cyklu powieści świata Cmentarza Zapomnianych Książek, która łączy się z poprzednimi wątkami i postaciami, jednak jak zaznacza można je czytać w dowolnej kolejności.
W „Więźniu nieba” znajdziemy dalsze losy Daniela Sempere i jego żony Bei. Cofniemy się w czasie by poznać młodość i losy wojenne Fermina (który w tej książce staje się postacią pierwszoplanową), a także historię tajemniczej śmierci Isabelli – matki Daniela.
No i Barcelona – uwielbiam ją, a ta widziana oczami Zafona jest niesamowita.
W myśl słów autora, że „prawdziwa Historia jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła” czekam na kontynuację cyklu bo wiele historii zostało tu nieskończonych, wątki niedopowiedziane i mimo 400 stron został duży niedosyt.

Carlos Ruiz Zafon
Wydawnictwo: Muza
Kwiecień 2012
Liczba stron: 416
Czas na kolejny wpis z serii „ostatnio przeczytałam” tym razem znów opowieści toskańskie.
Sporo książek w tym temacie przerobiłam, jedne były lepsze inne gorsze, po tą sięgnęłam bo napisana jest przez nasza rodaczkę – Polkę która zawierając małżeństwo z Włochem osiedliła się właśnie w jego kraju – ciekawa byłam jej spojrzenia na opiewaną tak ostatnio ziemię włoską i muszę przyznać że w tym temacie się nie zawiodłam.
Brak tu na szczęście typowej i już przejedzonej fabuły – wyjechania do Włoch, zakochania się, kupienia zrujnowanego domku za ostatnie pieniądze i wyremontowania go. Autorka studiowała filologię włoską i już w czasach studenckich wyjeżdżała do Włoch a potem wyszła za Włocha i tam zamieszkała – mało w tej książce jednak prywaty, nie ma opisów zwyczajów narzeczeńskich czy ślubnych włoskich, różnic kulturowych w jej odczuciu pomiędzy nią a mężem, dotyczących wychowania dzieci – może trochę szkoda.
Znajdziemy tu za to bez liku opisów miejsc widzianych jej oczami, opisów włoskich świąt, tradycji, włoskiego jedzenia i jego historii. Znajdziemy w książce też wiele przepisów kulinarnych które zamierzam w przyszłości wykorzystać (bardzo szkoda, że nie ma w książce spisu tych potraw na końcu).
Generalizując książka jest ciekawa i warta przeczytania, jeśli interesuje nas temat.
Mi trochę przeszkadzały czasami rozwlekłe opisy i wywody historyczne a czasami wręcz tylko zarysowanie ciekawego tematu, bez żadnej kontynuacji, tak jakby autorka miała jakiś pomysł, ale w końcu zrezygnowała z niego. Przeszkadzały też zdarzające się w książce powtórzenia.
Świat Książki
Okładka miękka
Data premiery:2012-04-18
237 str
