szczypta smaku

 

Witam Was serdecznie i zapraszam na rozwiązanie konkursu z książką

 

 

Zwycięzcami zostają:

 

 

 mismakuje, 46.31.32.1* 

2013/11/17 10:49:52

Niedziela, na białych obrusach (bo stoły muszą być dwa, połączone) babcia stawia wazę z gorącym rosołem, mama donosi wielką michę makaronu domowej roboty. Gadamy, śmiejemy się, wycieramy serwetkami brody, po których z powodu nitek makaronu ścieka zupa. Mama, ciocia i dziadek sprawiedliwie dzielą się kapustą z rosołu – to ich ulubiony składnik. Potem na stół wjeżdżają przynajmniej dwa rodzaje mięsa (w tym nasze ukochane babcine „granaty” – mielone z połówką brzoskwini i żółtym serem), ziemniaki i kilka surówek… wszyscy wiemy już teraz, że będziemy najedzeni, a i do domu każdy dostanie po kotlecie ;). Przed deserem? Spacer, czasem i dziś jeszcze na huśtawki, choć wszyscy dawno już pokończyli szkoły. Wracamy, a babcia częstuje już ciastem drożdżowym. Spory o to, czy powinna robić ciasto z kruszonką czy kruszonkę z dodatkiem ciasta trwają od lat – obie wersje mają swoich zagorzałych zwolenników…

 

 

kasia, staticline-31-183-39-159.toya.net.pl 

2013/11/14 10:31:30

Rodzinny obiad …

Może to będzie dziwne skojarzenie, ale dla mnie to codzienne spotkanie przy stole. To ten moment gdy wszyscy jesteśmy w domu, gdy możemy porozmawiać jak było w pracy, przedszkolu ( a niedługo w szkole ). To czas na planowanie wycieczek. A czasem i ułożenie listy zakupów ( mamo ta zupa jest dobra, ja będę ją jadł codziennie – i już trzeba zapisać składniki 😛 ) …

Niestety taki rodzinny obiad chyba powoli zamiera… obserwuję wśród rówieśników Tośka, że oni zjedzą posiłek w przedszkolu i … koniec… w domu to jakieś kanapki w biegu, w weekend wycieczki do restauracji albo McDonalds …

 

 

Justyna, 88-199-98-126.tktelekom.pl

2013/11/14 11:15:45

Głowa mamy, z tą jej kasztanową burzą loków wychyla się przez okno.
-Justynaaaaaaaaa obiad! – krzyczy na pół podwórka
O dziwo słowo „obiad” zna też pies biegający po podwórku. Zanim ja wygrzebię się z piaskownicy, albo zejdę z roweru to 12letnia psina już waruje pod drzwiami radośnie szczekając.
Wchodzę po schodach, starych, skrzypiących. W całym domu pachnie jedzeniem. Dziś niedziela więc obowiązkowo rosół. Wjeżdża na stół w starej białej wazie pomalowanej w czerwone maki. Słychać brzdęk sztućców, tata pewnie już dobrał się do wazy. Uwielbia rosół. Im bliżej kuchni tym więcej zapachów wyłapuje mój dziecięcy nos. Pachnie cebulą, która zanim wylądowała w rosole przypalała się na piecu. Lubczyk, pietruszka, koperek, tymianek. Jak amen w pacierzu mogę z zamkniętymi oczami wyrecytować nazwy ziół, które dziś brały udział w gotowaniu. Jestem już na górze. Tata kończy jeść rosół (zawsze tak samo, jakby nie umiał poczekać na resztę rodziny), mama odcedza ziemniaki. W małym fotelu przy stole siedzi moja siostra, ledwo ją widać zza tego stołu, taka mała, ale do jedzenia pierwsza w kolejce…po tacie oczywiście. Kiedy na jej małym talerzyku ląduje przed nią solidny ziemniak oprószony koprem, do tego wielki kawał kurczaka z rosołu i porcja buraczków Mała serwuje wszystkim uśmiech nr.7 i bierze się za jedzenie. Małe, pulchne piąstki dziarsko chwytają kawałek za kawałkiem i siup do buzi. Chwilę później cała buźka w buraczkowym odcieniu. Ale najważniejsze, że smakuje. Siadam i ja, dostaję solidny talerz rosołu i niewiele mniejszą porcję drugiego dania. Szaleństwa podwórkowe zrobiły swoje-wcinam, aż przysłowiowe uszy się trzęsą. Wreszcie obok siada i mama. Fartuch kuchenny odwiesza na metalowy haczyk, poprawia lekko wygniecioną kremową sukienkę i zaczyna jeść. Tata zabawia wszystkich dowcipami, Mała chociaż pewnie połowy nie rozumie śmieje się w głos, aż jej resztki obiadu wylatują z buziaka. Siedzę i macham nogami pod stołem, od czasu do czasu trącając nogę mamy. Ona podnosi wzrok znad talerza, uśmiecha się w tej swój jedyny,maminy sposób. Ot taka nasza niedziela…

justyna (ciekawostka81@gazeta.pl)

 

 

 

proszę o przysłanie danych na dorotasmakuje@op.pl